Budzik zadzwonił o 5:10. Trzeci dzień z rzędu. Zeszłam na dół mojego hotelu wykutego w skale, gdzie kierowca już czekał z kartką: „Lot odwołany, wiatr”. Trzeci dzień z rzędu. Wróciłam do łóżka i zaczęłam się zastanawiać, czy przyjazd do Kapadocji w grudniu był dobrym pomysłem.
Czwartego dnia polecieliśmy. I tak, było warto.
Sto balonów o świcie
Startowaliśmy z pola za Göreme, jeszcze po ciemku. Palniki ryczały, czasza powoli wypełniała się gorącym powietrzem, a wokół nas dziesiątki innych balonów robiły to samo. Kosz oderwał się od ziemi tak delikatnie, że zauważyłam to dopiero, gdy pilot powiedział: „Jesteśmy w powietrzu”.
Wznieśliśmy się nad dolinami pełnymi kominów wróżek, stożkowatych skał z tufu wulkanicznego, które wiatr i woda wyrzeźbiły przez tysiące lat. Słońce wyszło zza horyzontu i nagle wszystko zrobiło się różowe: skały, śnieg na odległym szczycie Erciyes i ponad sto balonów wiszących w powietrzu jak kolorowe latarnie. W koszu nikt nic nie mówił. Pilot od czasu do czasu odpalał palnik, a poza tym panowała absolutna cisza.
Lot trwał około godziny. Na lądowaniu czekał szampan, a właściwie musujący sok, i dyplom z imieniem. Kiczowate? Trochę. Ale i tak go zachowałam.

Życie w skale
Tuf wulkaniczny jest na tyle miękki, że można go drążyć zwykłymi narzędziami, i na tyle twardy, że wydrążone pomieszczenia stoją przez wieki. Ludzie korzystali z tego od starożytności. W Kapadocji są skalne kościoły, klasztory, gołębniki, a nawet całe miasta.
W Muzeum na Wolnym Powietrzu w Göreme zobaczyłam kościoły z freskami z X i XI wieku, wciąż żywymi w kolorach, bo prawie nie docierało do nich światło. Najpiękniejszy jest Ciemny Kościół (Karanlık Kilise), za który płaci się osobno. Warto.
Uçhisar to z kolei cała skalna twierdza, najwyższy punkt okolicy. Z jej szczytu widać doliny Gołębi i Miłości, a w zimowe popołudnie, kiedy słońce stoi nisko, cienie skał ciągną się przez kilkaset metrów.
Osiem pięter pod ziemią
Najbardziej poruszyło mnie podziemne miasto w Derinkuyu. Schodzi się do niego wąskimi korytarzami, w których trzeba iść zgiętym w pół, coraz niżej, piętro za piętrem. Były tu stajnie, kuchnie, studnie, kaplice i szyby wentylacyjne. Wejścia zamykano okrągłymi kamieniami jak młyńskie koła. W czasach najazdów mogło się tu schronić tysiące ludzi wraz ze zwierzętami.
Uwaga dla osób z klaustrofobią: na najniższych poziomach jest ciasno, duszno i ciemno. Ja wytrzymałam, ale pod koniec z ulgą wyszłam na zimowe słońce.

Śniadanie, które trwa do południa
Po trzech odwołanych lotach miałam dużo czasu na śniadania. Tureckie kahvaltı to nie posiłek, to wydarzenie: kilka rodzajów sera, oliwki zielone i czarne, pomidory, ogórki, miód z kawałkami plastra, kajmak, czyli gęsta śmietana, konfitura z róży, jajka z sucukiem, pieczywo prosto z pieca i herbata w szklankach w kształcie tulipana, dolewana bez pytania.
Właściciel mojego hotelu, pan Mehmet, siadał czasem obok i opowiadał, jak jego dziadek mieszkał w tej samej jaskini z kozami. Teraz w jaskini są pokoje z ogrzewaniem podłogowym, ale ściany wciąż pamiętają, a w niszach stoją dawne gliniane naczynia.
Praktycznie
- Loty balonem: w zimie są często odwoływane z powodu wiatru lub mgły. Zaplanuj co najmniej trzy, cztery noce, a lot zarezerwuj na pierwszy poranek. Jeśli się nie uda, firma zwykle przenosi rezerwację na kolejny dzień.
- Bez balonu też jest pięknie: o świcie wejdź na jedno ze wzgórz nad Göreme i oglądaj balony z ziemi. Jest za darmo i robi ogromne wrażenie.
- Grudzień: zimno, w nocy poniżej zera, czasem pada śnieg. W zamian masz mniej turystów, niższe ceny i skały przyprószone bielą.
- Noclegi w jaskini: sprawdź, czy pokój ma ogrzewanie. Skała trzyma chłód.
- Dojazd: najbliższe lotniska to Kayseri i Nevşehir, z obu jeżdżą busy do Göreme.
Ostatniego wieczoru weszłam na Wzgórze Zachodu Słońca. Pod spodem zapalały się światła w jaskiniach, a z meczetu w dolinie niósł się głos muezina. Pomyślałam, że trzy dni czekania na balon to była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić. Musiałam zwolnić, a Kapadocja nagradza tych, którzy zwalniają.