„Pustynia nie jest pusta. Po prostu nie umiesz jeszcze patrzeć”. Salim mówi to, kiedy po raz trzeci pytam, czemu zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nic nie ma. Potem pokazuje mi ślady: lis, skoczek pustynny, chrząszcz, który przeszedł tędy rano. Na skale obok wyryte są rysunki wielbłądów i napisy sprzed dwóch tysięcy lat. Rzeczywiście, nic tu nie ma, jeśli nie umiesz patrzeć.
Salim ma 41 lat, należy do plemienia Zalabia i od dwudziestu lat jest przewodnikiem w Wadi Rum, na południu Jordanii. Spędziłam z nim trzy dni.
Dolina Księżyca
Wadi Rum to pustynna dolina otoczona ogromnymi masywami z piaskowca i granitu, wyrastającymi z czerwonego piasku na kilkaset metrów. Nazywa się ją Doliną Księżyca, choć filmowcy częściej udają tu Marsa: nakręcono tu wiele scen science fiction. Wcześniej, w czasie I wojny światowej, przemierzał ją T.E. Lawrence, znany jako Lawrence z Arabii, i opisał ją jako „ogromną, echem rozbrzmiewającą i boską”.
Jeździliśmy starym pikapem Salima z ławkami na pace. Wąwóz Khazali z rytami na ścianach, naturalne kamienne mosty, na które można wejść, wydma, z której zbiega się na bosaka, i źródło, przy którym Lawrence podobno obozował. Między atrakcjami Salim parzył herbatę. Zawsze.

Rytuał herbaty
Herbata to dla Beduinów coś więcej niż napój. Salim zbiera chrust, rozpala mały ogień, stawia na nim osmalony czajnik, wrzuca garść czarnej herbaty, dużo cukru i gałązkę dzikiej szałwii, którą zerwał po drodze. Pije się ją w malutkich szklaneczkach, bardzo gorącą i bardzo słodką.
„Gość dostaje trzy szklanki”, wyjaśnia. „Pierwsza dla gościa, druga dla przyjemności, trzecia dla miecza”. Ta ostatnia oznacza, że gospodarz jest gotów bronić gościa. Kiedy już nie chcesz więcej, potrząsasz pustą szklaneczką. Jeśli tego nie zrobisz, będzie dolewał w nieskończoność. Nauczyłam się tego po siódmej szklance.
Od wielbłąda do pikapa
Dziadek Salima był nomadą. Wędrował z rodziną, wielbłądami i kozami za wodą i pastwiskami, mieszkał w czarnym namiocie z koziej wełny, który kobiety tkały same. Ojciec Salima osiadł w wiosce Rum, kiedy w latach osiemdziesiątych zbudowano tam szkołę. Salim urodził się już w domu z betonu.
„Dziś prawie nikt nie wędruje”, mówi. „Mamy dom, prąd, telefon. Wielbłądy trzymamy dla turystów i dla wyścigów”. Pytam, czy tęskni za dawnym życiem. Wzrusza ramionami. „Mój dziadek mówił, że to było ciężkie życie. Ale mówił też, że wtedy ludzie mieli więcej czasu na rozmowę”.
Najstarszy syn Salima studiuje informatykę w Akabie. Chce pisać aplikacje. Salim jest z niego dumny, ale martwi się, kto przejmie obóz. „Może zrobi aplikację do rezerwacji”, śmieje się.
Zarb i noc pod gwiazdami
Wieczorem w obozie przygotowano zarb, tradycyjną beduińską pieczeń. Kurczaka, jagnięcinę, ziemniaki, cebulę i marchew układa się na metalowym stelażu, opuszcza do dołu wykopanego w piasku, w którym wcześniej rozpalono węgle, przykrywa i zasypuje piaskiem. Po dwóch godzinach odkopuje się wszystko z ceremonią. Mięso rozpada się samo. Do tego ryż, hummus, sałatka i chlebek pieczony na ogniu.
Potem Salim zgasił lampy. Na pustyni nie ma żadnego sztucznego światła w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Droga Mleczna była tak wyraźna, że rzucała cień. Leżeliśmy na matach na piasku, a Salim pokazywał gwiazdy, używając arabskich nazw, z których wiele, jak Aldebaran czy Betelgeza, trafiło do naszego języka astronomii.

Jeśli chcesz pojechać
- Wybieraj obozy prowadzone przez lokalnych Beduinów z wioski Rum. W okolicy powstało też wiele dużych „obozów marsjańskich” z przeszklonymi kopułami, wygodnych, ale mniej autentycznych.
- Jordan Pass: jeśli odwiedzasz też Petrę, kup go przed przyjazdem. Obejmuje wizę i wstępy, w tym do obszaru chronionego Wadi Rum.
- Kiedy jechać: wiosna (marzec–maj) i jesień (wrzesień–listopad). Latem w dzień jest ponad czterdzieści stopni, zimą noce bywają mroźne.
- Ubranie: zakryte ramiona i kolana to wyraz szacunku. Chusta przyda się na słońce i piasek, a ciepła warstwa na noc.
- Nie zostawiaj śmieci i nie wspinaj się na skały z rytami. Pustynia jest delikatniejsza, niż się wydaje.
Ostatniego dnia, przy pożegnalnej herbacie, Salim zapytał, czy teraz widzę już, że pustynia nie jest pusta. Pokazałam mu na piasku ślad, który zauważyłam sama: mały, z kreską pośrodku, od ogona. Skoczek pustynny. Salim pokiwał głową i dolał mi czwartą szklankę. Tym razem nie potrząsnęłam.
Imię bohatera zostało zmienione.