Szkoci mówią, że jeśli nie podoba ci się pogoda, wystarczy poczekać pięć minut. Na Skye to nie jest żart, tylko prognoza. W ciągu jednego październikowego dnia miałam słońce, ulewę, tęczę, grad, znowu słońce i wiatr, który dosłownie zepchnął mnie ze ścieżki. Mimo to, a może właśnie dlatego, Skye stała się jednym z moich ulubionych miejsc na świecie.
Droga na wyspę
Z Inverness jedzie się na zachód przez coraz pustsze doliny. Po drodze, tuż przed mostem na wyspę, stoi zamek Eilean Donan, chyba najczęściej fotografowany zamek Szkocji. Siedzi na małej wysepce, połączony z lądem kamiennym mostkiem, a w spokojny dzień odbija się w wodzie jak w lustrze. Mój dzień spokojny nie był, ale zamek w strugach deszczu wyglądał jeszcze bardziej dramatycznie.

Old Man of Storr o świcie
Najbardziej znany szlak na wyspie prowadzi do Old Man of Storr, skalnej iglicy sterczącej z grzbietu jak palec. Wejście i zejście to około czterech kilometrów i półtorej godziny, ale warto zarezerwować więcej czasu, bo widoki wciągają.
Wyszłam o szóstej rano, przy czołówce. Na parkingu stały dwa samochody, a nad jeziorem Leathan wisiała mgła tak gęsta, że nie widziałam nawet skał. Szłam przez wrzosowisko, które w październiku jest już rdzawobrązowe, i słuchałam tylko własnego oddechu. Mniej więcej w połowie drogi mgła zaczęła się rozrywać i nagle zobaczyłam iglicę, ciemną i ogromną, z pasmem różowego światła za plecami. Stałam tam dobre dwadzieścia minut, zanim przyszedł pierwszy turysta.
Quiraing, czyli krajobraz z innej planety
Na północnym krańcu półwyspu Trotternish leży Quiraing, gigantyczne osuwisko, które ciągle, bardzo powoli, się przesuwa. Pętla ma niecałe siedem kilometrów i prowadzi wąską ścieżką wzdłuż zbocza, a potem grzbietem z widokiem na skalne wieże, zielone płaskowyże i morze w oddali.
Tu właśnie dopadł mnie boczny wiatr. Na grzbiecie musiałam przykucnąć i przeczekać podmuch, trzymając się kamieni. Para Niemców przede mną zawróciła. Ja poszłam dalej i dostałam w nagrodę tęczę rozpiętą nad całą doliną. Szkocja zawsze trochę karze i trochę wynagradza.

Fairy Pools i lodowata kąpiel
W dolinie Glen Brittle spływający z gór Cuillin strumień tworzy kaskady i turkusowe baseny. Nazywają się Fairy Pools i w lecie są oblężone. W październiku spotkałam tam może dziesięć osób. Woda ma kolor szkła butelkowego i temperaturę, której nie da się opisać cenzuralnie. Weszłam do kolan. Starszy Szkot z psem wszedł cały, wyszedł i powiedział tylko: bracing. Orzeźwiające. Owszem.
Portree i wieczory w pubie
Bazą była Portree, stolica wyspy, z kolorowymi domkami nad portem. Wieczorami siedziałam w pubie przy kominku, jadłam cullen skink, gęstą zupę z wędzonego łupacza, ziemniaków i mleka, i słuchałam, jak miejscowi przechodzą z angielskiego na gaelicki. Na Skye wciąż mieszka sporo ludzi, dla których to pierwszy język. Dwujęzyczne tablice drogowe nie są tu ozdobą.
Praktycznie
- Samochód: bez auta trudno się poruszać, autobusy kursują rzadko. Większość dróg jest jednopasmowa z mijankami (passing places). Zasada: zatrzymujesz się na mijance po swojej stronie i przepuszczasz nadjeżdżającego. Machnięcie ręką w podziękowaniu jest obowiązkowe.
- Owce: mają pierwszeństwo. Zawsze.
- Ubranie: kurtka przeciwdeszczowa, spodnie przeciwdeszczowe i buty za kostkę. Wrzosowiska są podmokłe nawet wtedy, gdy nie pada.
- Muszki: w lecie meszki (midges) potrafią zepsuć każdy spacer. W połowie października już ich prawie nie ma, co jest kolejnym argumentem za jesienią.
- Noclegi: rezerwuj z wyprzedzeniem, nawet poza sezonem. Na wyspie nie ma ich wiele.
Ostatniego dnia znów wisiała mgła. Wyjeżdżałam przez most i nie widziałam za sobą nic, jakby wyspa zamknęła za mną drzwi. Wiem, że wrócę. Może w maju, kiedy wrzosy jeszcze nie kwitną, ale dni są długie aż do jedenastej wieczorem.